Archiwa kategorii: Inne

Mrufka feiert!! :)

21.11.2011r.

Ach!! Mimo upływających lat nadal uważam, że urodziny (oraz imieniny) są wspaniałym dniem:) Dodatkowo dziś jest Dzień Okazywania Życzliwości – czy jakoś tak. W każdym razie każdy ma być dla siebie miły, uprzejmy, wazelinowaty i inne maści lub kremy;) Od samego rana jestem zaskakiwana, oczywiście pozytywnie:) A najlepszym zaskoczeniem były poranne kwiaty, które przywitały mnie na biurku, gdy otworzyłam oczy!! No TO jeszcze w życiu mi się nie zdarzyło:) Bukiet ślicznych czerwonych róż z rana……. Chyba większośc kobiet o tym marzy:) No i ta karteczka…… z niespotykanym wierszykiem…. MIODZIO :D Dziękuję :* Mam to szczęście, że nawet moje nie-marzenia (bo nigdy nie myślałam o porannych kwiatach) spełniają się:) Nie pozostaje mi nic innego jak śpiewać sobie dziś STO LAT!! STO LAT!! (a nawet więcej lat!!) i zachwycać się swoim świętem :D:D

IMAG0162

Jesienny spacer cz. 2

16.11.2011

Tegoroczna jesień jest dla mnie wyjątkowo mało przychylna. Drugie przeziębienie w przeciągu dwóch miesięcy nie napawa optymizmem. Na szczęście jest kilka rzeczy, które potrafią wywołać choć odrobinę uśmiechu. A jedną z tych rzeczy jest spacer. Podczas ostatniego pobytu u mych rodzicieli, wybrałam się na szybką (bo na podlasiu wiatr i chłodne powietrze potrafią solidnie przewiać czułki!!) wycieczkę i zrobiłam kilka zdjęć, które uważam za naprawdę dobre mając na uwadze, że niebo tego dnia było naprawdę szare, zimne, ciemne i zacieśniało świat dookoła :)

C360 2011-11-12_14-36-02    C360 2011-11-12_14-37-22    C360 2011-11-12_14-41-36

C360 2011-11-12_14-43-13    C360 2011-11-12_14-47-42    C360 2011-11-12_14-51-40

 

„TARTUFE CZYLI ŚWIĘTOSZEK” Molier

Nie chcę oceniać Moliera na podstawie dwóch – bagatela! – przeczytanych jego sztuk, jednak z całym szacynkiem dla autora, ta pozycja nie była dla mnie zbyt interesująca. Nie mogę powiedzieć, że była przewidywalna, jednak nie była też zaskakująca. Odniosłam wrażenie, że Molier pisząć tę sztukę sam siebie zaskoczył jej zakończeniem. Tytułowy Świętoszek to postać nie tyle barwna, co przebiegła. Swoją zakłamaną pobożnością zaskarbia sobie łaski Orgona – pana domu, w którym rozgrywa się prawie cała sztuka. Orgon zaślepiony postawą Tartufa zrobił rzecz nieprzemyślaną, mianowicie przepisał na niego swój majątek. Jednak upór rodziny Orgona w udowodnieniu mu, iż Tartufe jest oszutem, doprowadza w końcu do szczęliwego zakończenia. Jak dla mnie owaa sztuka jest trochę zbyt mdła. Z każdej książki lubię wyciągnąć jakieś pozytywne przesłanie. Z tej niestety mi się nie udało. „Szkoła żon” (opisana kilka dni temu) wypada zdecydowanie korzystniej przy „Świętoszku”.

Jesienny spacer

02.11.2011

Krótki lecz przyjemny był ten spacer jesienny. Nawet się zrymowało:) Pogoda ostatnio jest dość przytłaczająca, ale o dziwo nie chciało mi się wracać do domu:) A oto co upolowałam podczas wycieczki:

C360 2011-11-01_15-24-45aaaa        C360 2011-11-01_15-27-02aaaa      C360 2011-11-01_15-39-16aaaa      C360 2011-11-01_15-39-52aaaa

ŻADNA TO JEST MIŁOŚĆ

To nie zauroczenie,

to oczu moich uśmiech.

To nie wzlot namiętności,

to serce bije w półśnie.

I żadna to jest miłość

lecz rozum na urlopie,

bo nawet krew zastygła

i nie spływa potopem.

Więc jakże nazwać chwilę,

gdzie własne Ja zgłodniałe

chce wyjeść z Ciebie wszystko?!

Umysłem, sercem, ciałem!!

adna to_jest_mio

„SZKOŁA ŻON” Molier

Widząc plakaty reklamujące wystawienie tej sztuki w teatrach skusiłam się, by przeczytać „Szkołę żon” i oswoić się z Molierem. Nie ukrywam, że w szkole średniej wszystko, co było pisane wierszem, budziło we mnie odrazę! Jednak po latach przekonałam się do Szekspira i uznałam go za swojego ulubionego dramaturga/pisarza. I tak jest do dziś, choć w największym stopniu cenię go w przekładzie Barańczaka. Wówczas jest dla mnie najbardziej przejrzysty. Jednak, gdy kilka dni temu sięgnęłam po Moliera, muszę niestety zdradzić Szekspira i – oddając mu cały szacunek – stwierdzić, że Molier zachwycił mnie jeszcze bardziej. „Szkoła żon” to komedia, ale nie prześmiewcza. Nie bryluje humorem, ale jest zabawna. Nie ma w niej tak ciętych ripost i słusznych uwag jak to bywa u Szekspira, ale ma w sobie głęboką prawdę. Przed pójściem do biblioteki przeczytałam kilka recezji „Szkoły…”. Nie były zbyt pochlebne. Przede wszystkim obrażano się na to, w jaki spoósb Molier postrzega kobiety. Że pomysł autora, by zrobić z Anusi wieśniaczkę i nieinteligentną kobietę, obraża wszystkie przedstawicielki płci pięknej. Dodatkowo podkreślanie przez Moliera, ustami Arnolfa, iż wszystkie kobiety to zdrajczynie i istoty skłonne do dorabiania rogów swym mężczyznom, zakrawa na hańbę. A ja tak nie uważam. A nawet więcej, ja w tej sztuce widzę, że Molier wychwala kobiety za ich polot i błyskotliwość. Że mimo głupiego rozumku Anusi, umiała ona rozpoznać swoje potrzeby i je nazwać. W oczy rzuca się też fakt, że nikt nie może być zawładnięty przez drugą osobę. Nikt nie jest niczyją własnością. I – nikt nic nie musi. Ogólnie, sztuka jest świetna i naprawdę godna przeczytania lub obejrzenia, gdyby ktoś zechciał wybrac się na nią do teatru.

Nowe szaty Mrufki

07.10.2011

No i stało się! Strona w nowej odsłonie działa i jak widać ma się dobrze. Jeszcze tylko drobne poprawki kosmetyczne, kilka ‚doprawek’ i gotowe! Czekałam długo, ale było warto:) Mam nadzieję, że wraz z nowymi szatami przyjdzie tez nowa wena i mnóstwo pomysłów, które zresztą juz teraz krążą gdzieś w czułkowych czeluściach gotowe na start:)

„COŚ POŻYCZONEGO” Emily Giffin

Jeżeli istnieje idealny związek między kobietą i mężczyzną, to z całą pewnością mają go zaszczyt doświadczyć główni bohaterowie powieści Emily Giffin „Coś pożyczonego”. Rachel i Dexter to osoby, które niewątpliwie łączy głębokie i szczere uczucie. Zaufanie, lojalność, miłość oraz pożądanie są podstawą ich udanego związku. Jednak jak wiadomo nie ma nic doskonałego oraz nikt nie jest doskonały. Zatem i w tym, wydawałoby się sztandarowym związku, pojawiają się minusy. Dexter bowiem jest zaręczony z najlepszą przyjaciółką Rachel – Darcy. Dodatkowo Rachel jest pierwszą druhną na ich ślubie. Jednak miłość nie zna granic…. Nie będę zdradzać szczegółów, bo w przeciwnym razie książka wyda się nudna i przewidywalna. A to chyba najgorsze co może się przytrafić czytelnikowiJ „Coś pożyczonego” to pierwszy tom (jeśli mogę to tak nazwać) książki o przygodach Rachel i Darcy. Druga część to „Coś niebieskiego”. Ja przeczytałam najpierw tę drugą, więc czytając teraz pierwszą część, akcja zbytnio nie trzymała mnie w napięciu, gdyż wiedziałam jak zachowają się bohaterowie, jakie podejmą kroki i jakie będą następne wydarzenia w ich życiu, czyli co im życie przyniesie. Doszłam do wniosku, że jednak lepiej jest czytać części książek chronologicznie – zgodnie z datą ich powstaniaJ Ale pomimo tego małego mankamentu, który sama sobie stworzyłam wypożyczając książki nie po kolei, uważam tę pozycję za kolejną udaną powieść Emily Giffin. Nie jedna z nas chciałaby przeżyć takie romantyczne chwile jak Rachel i Dex. Podoba mi się aluzja tytułu do ceremonii zaślubin i przygotowań z tym związanych. Na ślubie bowiem należy mieć coś pożyczonego. Jednak dotyczy to panny młodej, nie zaś druhny. A tu spotykamy się z sytuacją kiedy to druhna właśnie ‚pożycza’ sobie przyszłego pana młodego. Książka nie przesiąka erotyzmem (mimo tego, iż głównym wątkiem jest romans), zostawia nam swobodę myślową i pole do popisu dla wyobraźni. Chwilami miałam dreszcze (tak, przyznaję się J ) czytając opis zachowań Deksa wobec Rachel…. Tak, ten facet miał to ‘coś’! J „(…) prawda wygląda tak, że czuję się bardziej wolna z nim niż wtedy, kiedy byłam sama. Przy nim czuję się bardziej sobą niż bez niego. Może tak wygląda prawdziwa miłość.” Może właśnie tak wygląda ta prawdziwa miłość…J A jeżeli są osoby, które chcą poczuć choć jej namiastkę, jak najbardziej polecam tę książkę.

„POWRÓT NA ROUTE 66” Michael Zadorian

Jest to powieść drogi, to na pewno, a jej główni bohaterowie – John i Ella Robina – to z pewnością podróżnicy. Jednak nie wszystko jest tak proste jakby mogło się wydawać…. Ella i John wyruszają w podróż po Route 66. I nic nie byłoby w tym dziwnego (ot! kolejna para ciekawskich turystów, ludzi żyjących wspomnieniami, którzy chcą przeżyć przygodę i pojeździć po świecie) gdyby nie fakt, że główni bohaterowie to para staruszków licząca sobie ponad osiemdziesiąt lat – każde osobno. Jadą przed siebie. Po prostu. By uwolnić się od ciągłych wizyt w szpitalu, lekarzy, leków i zbyt opiekuńczych i wiecznie zamartwiających się dzieci. Wszystko wygląda jak najbardziej racjonalnie – bo czyż można komuś czegokolwiek zabronić? Tylko, że John cierpi na chorobę Alzheimera, a jego żona – Ella – ma raka. Ciągła obawa o zdrowie, powracający ból fizyczny i wszelkie dolegliwości wieku starczego, za bardzo dokuczyły im w życiu, więc postanawiają, w tych ostatnich dniach starości, przeżyć swoje życie ‘na luzie’. Bezstresowo. Wbrew wszystkiemu okazuje się to nie być wcale trudne. Wystarczy zająć czymś głowę i skupić się na tym co teraz, przeżywać chwilę głęboko – pozytywnie i nie zamartwiać się na przyszłość. Zadorian opisał bohaterów niezwykle interesująco. Jednak ten opis tak naprawdę nie stwarza nam konkretnego obrazu ich wyglądu, a nawet osobowości. Nie znamy szczegółów z ich życia. A na koniec (nie będę ujawniać zakończenia) trochę zagmatwanie i nie jasno opisuje przebieg wydarzeń. Książę czyta się lekko, jednak nie powiedziałabym, że przyjemnie. Ale zaznaczam, że to ja mam takie odczucia. Czytając inne recenzje natknęłam się na zdanie typu :  „książka w sposób humorystyczny opisuje…” itp. Ja jednak nie odebrałam tego w ten sposób. Dla mnie książka była trochę smutna, utrzymana w ciężkich klimatach i tylko kilka razy ‘ujrzałam’ ten zapewniany tzw. „czarny humor”. Owszem, główni bohaterowie potrafią się z siebie śmiać, lecz ja nazwałabym to raczej sarkazmem, a może nawet gniewem na swoją ułomność. Osoby, które miały przyjemność zwiedzić słynną Route 66, być może odbiorą tę pozycję bardziej obrazowo i z większym zainteresowaniem będą czytać opisy współczesnej, i chyba zbyt zmienionej Rote 66. Ja jednak tej lektury nie zaliczam w poczet polecanych przeze mnie książek. A już na pewno nie w ramach relaksu. Temat starzenia się czy śmierci, chyba nigdy nie będzie tematem rozluźniającym, więc nie jest dziwne, że książka mnie nieco przygnębiła.