Archiwa kategorii: Recenzje

„KOCIE OPOWIEŚCI” James Herriot

herriotPo dość długiej przerwie od książek Herriota znów powracam do moich ulubionych lektur i ulubionego pisarza. Wielka szkoda, że właśnie ta książka jest już ostatnią ze wszystkich wydanych i przetłumaczonych na język polski pozycji tego autora. Oznacza to, że teraz chcąć „poczytać” Herriota mogę jedynie czytać te książki, które już znam. „Kocie opowieści” to również taka powtórka z literatury, gdyż znalazły się tu opowiadania już zawarte w treści poprzednich książek z cyklu „Wszystkie stworzenia małe i duże”. Czytając przypominałam sobie opisane wydarzenia. Jak sam tytuł wskazuje, są to opowieści o kotach – ulubionych zwierzętach pisarza. Osobiście nie należę do wielkich miłośników kotów, ale po przeczytaniu tej lektury mam bardziej przyjazne nastawienie do tych istot. Jak zwykle Herriot wywołuje u czytelnika śmiech, wzruszenie, ciekawość, podziw. Lecz jednego możemy być pewni – dostarcza nam tylko pozytywnych emocji. „Kocie opowieści” to historie kotów, które „przewinęły się” przez życie Herriota (domyślam się, że nie są to wszystkie historie). Są to opowiadania zabawne, jak to o Ollym i Ginny – dzikich kotach, które dopiero po wielu latach starań udało się oswoić; interesujące – o Frisku, który zażywał leki swojego Pana, przez co wszyscy myśleli, że kot umiera, a on następnego dnia przeżywał coś w rodzaju cudownego ozdrowienia; rozczulające – o Mojżeszu, który wychowywał się razem z prosiętami; oraz wzruszające – o Busterze, który został przyniesiony w Wigilię przez swoją umierającą matkę do domu pewnej pani, gdzie bardzo szybko się zadomowił i nauczył aportować piłeczkę. Wszystkie opowieści są pełne ciepła, przyjaźni i (choć wydawałoby się to paradoksem w chwili czytania o śmierci zwierzęcia) optymizmu. Mają w sobie coś takiego, zresztą jak wszystkie książki Herriota, że powodują w czytelniku, iż czuje się … po prostu fajnie. Nie sposób nie wspomnieć tu o świetnych opisach przyrody. Herriot nie pisze o niej poetycko lecz zwyczajnie, a jednocześnie na tyle barwnie, że naprawdę można poczuć dawny klimat miejscowości Darrowby. Zaznaczę, że jest to fikcyjna miejscowość stworzona na potrzeby książek. Ale nie będę wyjaśniać teraz zbyt przyziemnych spraw. Po co psuć nastrój:) Bo właśnie taki „świąteczny” nastrój towarzyszy mi zawsze, gdy czytam książki Herriota. Teraz, gdy przeczytałam już tę ostatnią (przynajmniej z polskich wydań) stwierdziłam, że nie mogę tak po prostu porzucić ulubionego pisarza. Zamówiłam więc jego książkę „Yorkshire tales” lecz w wydaniu angielskim!! :) Nie wiem kiedy ją przeczytam, ale zrobię to na pewno. Na razie książeczka ta wędruje do mnie pocztą i … będzie to pierwsza książka Herriota, która zagości na mojej półce! Trudno pewnie w to uwierzyć po tak pompatycznym opisie twórczości tego słynnego weterynarza, ale tak właśnie jest. Wszystkie książki wypożyczałam. I tu właśnie najlepiej objawia się mój minimalizm – że pomimo uwielbienia (nawet!) dla pióra tego pisarza, nie posiadam jego dzieł. Wracając do „Kocich opowieści” – oczywiście i bez zastanowienia polecam wszystkim tę lekturę. Nawet jeśli komuś nie przypadnie ona do gustu, to i tak warto przeczytać :)

„BLONDYNKA W ZAGINIONYCH ŚWIATACH” Beata Pawlikowska

blondynka-w-zaginionych-swiatachPodróż przez cztery wielkie cywilizacje, cztery wielkie kraje – Meksyk, Peru, Kambodża i Wyspa Wielkanocna. Pawlikowska opisuje najciekawsze zjawiska i wydarzenia, które zaobserwowała lub które przytrafiły się jej podczas zwiedzania tych magicznych krain. Ale właściwie to tylko ta magia, miejsc odległych i wydawałoby się trudno dostępnych sprawia, że chętnie otwiera się daną książkę. Owszem Pawlikowska jak zwykle pisze ciekawie i podaje sporo interesujących informacji, ale jednak to zbyt mało, by zadowolić czytelnika. Przykładem moze być Wyspa Wielkanocna i słynne posągi Moai. Nigdy specjalnie nie interesowałam się historią, ale legendarne ciekawostki mogą zainteresować nawet najbardziej opornych ludzi. W końcu człowiek jest z natury ciekawski. Uważam więc, że temat posągów można byłoby rozbudować, podać więcej informacji, przykładów krążących mitów. Jednak autorka jakby zamyka temat w kilku zdaniach. Być może nadmiar rodzi brak i pewnie sporo w tym prawdy, ale takie cząstkowe traktowanie tematu – jak tutaj – powoduje, że „Blondynka w zaginionych światach” staje się bardziej albumem, a nie książką. Choć także zdjęcia nie do końca nasycają wyobraźnię. Osobiście, czytając tę pozycję, odczuwałam zbyt mało emocji i wrażeń pomimo zapewnień streszczenia, że te zostaną dostarczone. Ale są też pozytywy. Na przykład dowiedziałam się o pewnych byczkach, których prześliczne figurki strzegą domostwa w Peru, by ani budynkom, ani domownikom nie stało się nic złego. Byczki na tyle mnie zachwyciły, że sama chętnie stałabym się posiadaczką takich figurek. Ogólnie – pomysł książki świetny, lecz nie do końca wykorzystany. Za mało cukru w cukrze ;)

„MĘŻCZYŹNI SĄ Z MARSA, KOBIETY Z WENUS” John Gray

mezczyzni-sa-z-marsa-kobiety-z-wenusJak każdy zapewne wie, przedstawiona książka jest światowym bestsellerem i odniosła ogromne sukcesy na całej planecie Ziemia, być może na Marsie i na Wenus również :) Nawet Ci, którzy nie mieli okazji jej przeczytać, na pewno o niej słyszeli. Mnóstwo pochlebnych opinii, zarówno wśród ludzi jak i w internecie, skłoniło mnie do przeczytania ów lektury. Mało tego! Ja ją nawet zakupiłam! I tu pojawiły się wątpliwości – czy był to udany zakup. Otóż na samym początku, gdy pochłonęłam wzrokiem pierwsze strony, byłam przychylna autorowi i jego wiedzy. Dowcip i lekki styl pisania to coś, co chyba odpowiada większości czytelnikom. Jednak w miarę upływu kolejnych stron, a teraz już po zakończeniu czytania, mogę stwierdzić, że to nie jest coś czego szukałam i czego spodziewałam się po tak rozsławionej książce. Być może nie jestem na etapie (i ciesze się z tego powodu) uzdrawiania swojego związku i dlatego odebrałam ją tak, a nie inaczej. Wiem jednak, że tak jak nie jestem zwolenniczą wychowywania dziecka zgodnie z książkami, gazetami itp, tak trudno mi pojąć, że można uratować rozpadający się związek za pomocą „listów miłośnych”, które poleca autor. Jest to pewna metoda, jednak należy pamiętać, by oprócz mówienia partnerowi o wszystkich swoich emocjach w czasie grożącego rozstania, zachować też resztki honoru:) Książka moim zdaniem proponuje zbyt dużo opcji zachowań, które rzekomo winniśmy wprowadzić do swojego codziennego życia. Czytając „Mężczyźni…” miałam wrażenie jakby wszystko było chaotyczne, a jednocześnie traktowało o tym samym. Morał jaki wyciągnęłam dla siebie, to fakt, że aby uzdrowić swój związek, należy najpierw ‚rozpracować’ siebie samego. I na tę kwestię John Gray poświęca prawie połowę treści książki. Ale cóż, poradnik jest poradnikiem, a każdy poradnik natkany jest psychologią, a z kolei to w dzisiejszych czasach jest najszybszą formą zysku dla nadawcy przekazu:) Mnie ksiązka nie zachwyciła, choć pewne fakty dają trochę do myślenia. Wiem jedno – po takiej lekturze coraz bardziej staję się przychylna matematyce – dziedzina mniej skomplikowana niż psychologia i nie ma żadnych pośrednich rozwiązań :)